Imieniny: Marii, Światozara, Makarego

Wydarzenia: Dzień Kupca

Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

Wywiady

Rozwód ma w sobie coś z zabójstwa

 fot. Fotolia.com

Rozmowa z o. prof. Jackiem Salijem OP, teologiem, pisarzem i publicystą.

 

Ojcze Profesorze, Główny Urząd Statystyczny opublikował dane, według których w 2018 r. zawarto nieco ponad 192 tys. związków małżeńskich, a rozwiodło się prawie 63 tys. Liczby te nie napawają optymizmem.

Z rozwodami jest podobnie jak z każdą inną plagą społeczną: krąg winnych sięga daleko poza bezpośrednie ofiary. Weźmy dla przykładu pijaństwo. Wielu ludzi przyczynia się do żywotności poglądu, że takie czy inne wydarzenia i dokonania trzeba „oblać”; masowo podtrzymujemy stereotypowe sposoby wymuszania kupna alkoholu lub jego wypicia; powtarzamy jak papugi arcyniemądre poglądy jakoby picie wódki było miarą dzielności albo życzliwości dla kolegi itp. Gdyby w naszym społeczeństwie nie było atmosfery sprzyjającej alkoholizmowi, wielu z dzisiejszych pijaków żyłoby dziś pięknie i sensownie. Podobnie jest z poglądami i stereotypami zachowań, które zwiększają liczbę rozwodów.

 

Jakie z nich uważa Ojciec za najbardziej niebezpieczne?

Otóż sam pogląd, jakoby rozwód był dopuszczalnym rozwiązaniem kryzysu małżeńskiego, pracuje na rzecz rozwodu! Ileż rozbitych par mogłoby do dziś stanowić całkiem udane małżeństwa, gdyby w momencie kryzysu rozstanie w ogóle nie wchodziło w rachubę jako rozwiązanie. Gdybyśmy więcej rozumieli, czym jest, czym powinno być małżeństwo, nie przychodziłaby nam do głowy nawet możliwość rozwodu. Myślelibyśmy raczej nad sposobami uratowania zagrożonej wspólnoty życia. W naszym społeczeństwie nie działałoby tyle mechanizmów ułatwiających rozwód.

 

Tymczasem dzisiaj rozwód już nikogo nie szokuje. Prasa i telewizyjne seriale przedstawiają tę trudną kwestię niczym lekki i bezbolesny zabieg, po prostu „znak czasów”. Sprawy rozwodowe często zamyka się na pierwszym posiedzeniu. Rzadko proponuje się mediacje, badania psychologiczne.

Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Irlandii powiedział w Limerick: „Już sama możliwość uzyskania rozwodu w sferze prawa cywilnego czyni trwałe i stabilne małżeństwo trudniejszym dla każdego”. Sytuacja jest jeszcze trudniejsza, jeśli prawo rozwodowe uzyskało żywą akceptację społeczną. Bo małżeństwu, które przeżywa jakieś problemy, trudno opędzić się wówczas od życzliwych krewnych i przyjaciół podpowiadających, że nie ma sensu tak się męczyć przez całe życie. Bywa i gorzej: małżonkowie nawet nie próbują się od takiej życzliwości opędzać, bo i sami nie myślą inaczej.

 

Czym, według Ojca, jest rozwód?

Każdy ma w sobie coś z zabójstwa. To zabicie miłości - chorej zwykle, czasem bardzo chorej, czasem, biorąc po ludzku, beznadziejnie chorej. Oczywiście, że zabicie chorego byłoby najprostszym i najskuteczniejszym sposobem usunięcia choroby, ale czy najlepszym? Czy w ogóle dobrym? Jeśli nawet nie ma nadziei na pełne uzdrowienie, to czyż wynika stąd, że leczenie nie ma sensu? Nie mówmy zaś pośpiesznie nawet o bardzo skłóconym małżeństwie, że ich miłość już umarła. Miłość to coś duchowego, dlatego nie umiera łatwo, ostatecznie umiera dopiero w piekle.

 

Nie zawsze decyzja o rozwodzie jest decyzją wspólną obydwojga małżonków. Co w sytuacji, kiedy jedna strona zostaje zaskoczona przez drugiego propozycją rozstania po kilku lub kilkunastu latach wspólnego życia? Jak powinien zachować się katolik?

Na początku chciałbym przestrzec przed pewnym rodzajem niedobrej tolerancji. Wyobraźmy sobie, że ktoś powiada wówczas współmałżonkowi mniej więcej tak: „Żałuję bardzo, że tak się stało. No, ale jeżeli pragniesz ułożyć sobie życie inaczej, ja jestem człowiekiem kulturalnym, nie będę ci przeszkadzał”. Ten model zachowania uznawany jest w niektórych środowiskach za obowiązujący. Jak gdyby była to jedyna alternatywa rozwodowej pyskówki na sali sądowej. Owszem, w jakimś sensie nawet wobec zła należy być tolerancyjnym, tzn. należy raczej tolerować zło niż sięgać przeciwko niemu po środki niemoralne. Ale przecież w opisanej wyżej sytuacji istnieje cały szereg środków nie tylko moralnie dopuszczalnych, ale ze wszech miar pożądanych, przy pomocy których być może udałoby się jeszcze uratować małżeństwo. Fałszywa to tolerancja, która prowadzi do moralnego rozbrojenia. Jeśli współmałżonek dąży do rozbicia małżeństwa, to przecież nie ma takiego moralnego prawa, które zakazywałoby mi sygnalizować mu, że czuję się jego postępowaniem bardzo skrzywdzony, że bardzo mi zależy na odbudowie naszego małżeństwa, że gotów jestem do gruntownej rewizji swojej własnej postawy, że można sobie przebaczyć wzajemnie w taki sposób, iż przyjęcie przebaczenia nie będzie niczym upokarzającym itd. To żadna tolerancja, lecz jej karykatura. Wiele nauczyła mnie na ten temat pewna kobieta, którą mąż rzucił osiem lat przed naszą rozmową. Pierwszy pozew rozwodowy sąd oddalił z powodu jej sprzeciwu. Kiedy przyszła do mnie, sprawa toczyła się po raz drugi. Sprzeciw jej nie miałby już praktycznego znaczenia, bo trudno się było spodziewać, by sąd odmówił zalegalizowania sytuacji, która faktycznie trwała już tak długo. Poza tym jej przeciwstawienie uznano by wyłącznie jako złośliwość albo upór fanatycznej dewotki. I proszę sobie wyobrazić, że ona w tej sytuacji mimo wszystko nie wyraziła zgody na rozwód. „Nie mogę się zgodzić” - mówiła mi. „Dla mojego męża orzeczenie rozwodu to tak jakby rozgrzeszenie. On chciałby sobie wreszcie powiedzieć: «Teraz to już wszystko w porządku!». Otóż nie wszystko jest w porządku: nasz syn nie miał ojca, ja mam zmarnowane życie. Jeśli otrzyma rozwód mimo mojego sprzeciwu, może łatwiej mu przyjdzie kiedyś taka myśl, że jeszcze nie wszystko w porządku, że jeszcze jest mu potrzebne prawdziwe rozgrzeszenie”.

 

A co na temat rozwodów mówi Biblia?

Jak wiadomo, Pięcioksiąg Mojżesza zezwala na rozwód. „Jeśli mężczyzna - czytamy w Księdze Powtórzonego Prawa (24,1) - pojmie kobietę, aby być jej mężem, lecz ona nie pozyska łaski w jego oczach, gdyż on znalazł u niej coś odrażającego, napisze jej list rozwodowy, wręczy go jej, potem odeśle ją od siebie”. Warto sobie uświadomić, że w tamtych czasach pewne okoliczności rozwód ułatwiały. Jednak nie oznaczał on rozbicia rodziny: nawet jeżeli małżeństwo było monogamiczne (bo praktykowano również wielożeństwo), rodzina podstawowa była jedynie cząstką wielkiej rodziny. Ewentualny rozwód nikogo więc nie pozostawiał bez rodziny. Ponadto trzeba pamiętać, że przy ówczesnym patriarchalizmie żona była raczej służebnicą męża niż jego towarzyszką. Pan Jezus wyraźnie stwierdził, że starotestamentalne pozwolenie na rozwód było jedynie złem koniecznym. Według Jego nauki nie ma okoliczności, w których takie rozstanie nie sprzeciwiałoby się godności małżeństwa. Ono ze swojej natury i z woli Bożej powinno być nierozerwalne. „Przez wzgląd na zatwardziałość waszych serc pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony, lecz od początku tak nie było” (Mt 19,8). W innym miejscu Jezus podkreśla: „Słyszeliście, że powiedziano przodkom: «Kto chce oddalić swą żonę, niech jej da list rozwodowy». A Ja powiadam wam: Każdy, kto oddala swą żonę - poza wypadkiem nierządu - naraża ją na cudzołóstwo. A kto by oddaloną pojął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa” (Mt 5,31n; por. 19,3-9).

 

Jak rozumieć owo dopowiedzenie „poza wypadkiem nierządu”?

Według odwiecznej praktyki Kościoła katolickiego, klauzula ta odnosi się do dwóch konkretnych sytuacji. Po pierwsze, Pan Jezus dopuszcza, nawet zaleca rozejście się mężczyzny i kobiety, jeśli żyją oni na sposób małżeństwa, ale małżeństwem nie są. Chodziłoby tu o taki związek, o którym Chrystus wspomniał w rozmowie z Samarytanką: „Ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem” (J 4,18). Po wtóre - w słowach tych Kościół dopatruje się obowiązku bezwzględnej niezgody na cudzołóstwo współmałżonka. Nie wolno chrześcijaninowi tolerować sytuacji trójkąta małżeńskiego: jeśli niewinny małżonek nie może sytuacji zmienić, powinien raczej współmałżonka opuścić i w modlitwie i pokucie czekać na jego nawrócenie, niż godzić się na bezczeszczenie małżeństwa. Dopatrywanie się w słowach „poza wypadkiem nierządu” furtki umożliwiającej rozwód jest niezgodne z zasadniczym sensem nauki Chrystusa o małżeństwie. Przecież Chrystus wyraźnie stwierdza, że przywraca pierwotną czystość prawa małżeńskiego, a przeciwstawiając stare prawo nowemu, jednoznacznie daje do zrozumienia, że chodzi Mu o istotną reformę, a nie tylko o jakiś retusz w zwyczajach starotestamentalnych. W nauce Chrystusa o nierozerwalności małżeństwa znajduje się również wezwanie do wiary w niezniszczalność miłości małżeńskiej. My, księża, niestety często popełniamy tu błąd, bo mówimy o tym dopiero ludziom, których małżeństwo się rozpada. Tymczasem trzeba mówić o tym wszystkim małżonkom. Również tym, których miłość jest świeża i gorąca. Bo wszystko, co ludzkie, podlega - niestety - dewaluacji i śmierci, i nawet taka miłość, której niezniszczalności ludzie są pewni, może umrzeć, a wówczas jady wynikające z jej rozkładu będą zatruwać wzajemne współżycie.

 

Ludzie pytają jednak, co robić, jeśli miłość już umarła? Byliśmy zapewne niewierni Bogu, ale w tej chwili tego nie da się już odwrócić…

Odpowiedź Kościoła jest tutaj jasna, choć trudna: jeśli niewierność Bogu spowodowała zło, trzeba ją naprawić wiernością. Nie można do dawnej niewierności dodawać niewierności nowej - w ten sposób człowiek tylko zejdzie na jeszcze dalsze manowce. Otóż kiedy ludzie zdecydują się na drogę wierności Bożym przykazaniom, częstokroć okazuje się, że ich miłość jeszcze nie umarła, ona jest tylko ciężko chora. A jak wiadomo, nie każda choroba kończy się śmiercią, zwłaszcza jeśli chory bardzo pragnie wrócić do zdrowia.

 

Dziękuję za rozmowę.

Oceń treść:
Źródło:
;