Imieniny: Lucjana, Ewarysta, Damiana

Wydarzenia: Światowy Dzień Donacji i Transplantacji

Książka

Chodzi mi o życia – wywiad-rzeka z ks. Tomaszem Kancelarczykiem

okładka książki fot. Wydawnictwo Esprit

Kim jest kapłan, który od wielu lat staje na pierwszej linii frontu walki o nienarodzone dzieci? Co każdy z nas może zrobić, by uratować ludzkie życie? – odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajduje się w książce „Chodzi mi o życie” wydanej przez wydawnictwo Esprit. Jest to rozmowa-rzeka Małgorzaty Terlikowskiej z ks. Tomaszem Kancelarczykiem, pomysłodawcą Fundacji Małych Stópek.

 

Od sprzedawcy bananów do powołania kapłańskiego

Jak to się stało, że Tomasz Kancelarczyk został księdzem? Sam mówi o sobie, że żadnej pracy się nigdy nie bał. Imał się różnych zajęć: był budowlańcem, pracował w przeładunkach, a nawet handlował na bazarze… bananami, gdzie jednego dnia potrafił sprzedać pół tony. Wszystkie podejmowane przez niego działania zdawały się potwierdzać, że przygotowuje się do roli męża i ojca. Jednak w głowie kiełkowała myśl, którą zapisał któregoś dnia w swoim notatniku: „Dzisiaj miałem taką głupią myśl, żeby zostać księdzem”. Gdy ogłosił rodzinie swoją decyzję o wyborze seminarium, nie spotkał się z entuzjazmem bliskich. To nie zmieniło jednak decyzji, którą już podjął.

 

Czekał ksiądz z niecierpliwością na strój kapłański?

Pewnie, że czekałem, każdy czeka. Ale założyłem sutannę i się rozczarowałem.

 

Źle leżała?

Myślałem, że jak założę strój księdza, coś się we mnie zmieni, a tu nic. Przeglądałem się w lustrze i stwierdzałem, że jestem wciąż taki sam.

 

Spodziewał się ksiądz od razu aureoli w pakiecie?

Z czasem oczywiście zrozumiałem, że to wcale nie o strój chodzi, nie on zdobi księdza. Bycie kapłanem to nieustanna praca nad sobą.

 

Nigdy nie będę się wstydził znajomości z niepełnosprawnymi

Gdy był klerykiem, zaangażował się w działalność wspólnoty Wiara i Świało, która zmieniła diametralnie jego życie. Dziś ks. Tomasza podkreśla, że wydarzenia z tamtego okresu znacząco wpłynęły na jego dalszą działalność na rzecz pro‑life. To właśnie spotkania z niepełnosprawnymi nauczyły kapłana empatii, a przede wszystkim otworzyły serce na pomoc drugiemu człowiekowi. 

 

Moje pierwsze spotkanie z nimi było traumatyczne. Pochodzę z małej miejscowości, osób niepełnosprawnych intelektualnie w ogóle nie znałem, może jednego mężczyznę, za którym okoliczne dzieciaki wołały „głupi Jasio”. W katedrze przyglądałem się więc tym niepełnosprawnym. Byli dla mnie jak kosmici. Wyglądali inaczej, wielu miało zniekształcone twarze, sylwetki, niektórzy mieli zespół Downa. W końcu zauważyli, że bardzo nachalnie się na nich patrzę. W pewnym momencie jedna z tych osób, Lilianna, o pogrzebie której wspominałem, zaczęła się do mnie uśmiechać. Nie powiem, poczułem pewien dyskomfort. […] W którejś chwili już nie tylko się uśmiechała, ale zaczęła iść w moim kierunku.

 

Przestraszył się ksiądz?

Ogarnęła mnie panika. Stałem przy filarze katedry i nie wiedziałem, co zrobić, podczas gdy ona zaczęła biec w moją stronę takim charakterystycznym, koślawym krokiem. Po chwili dotarła do mnie i mnie przytuliła. Coś mówiła, ale mnie się wszystko wyłączyło. Po prostu kompletny reset. Nic nie słyszałem, nic nie widziałem. Byłem totalnie spanikowany, po prostu bałem się tej kobiety. Ona wyczuła to moje zakłopotanie, mój strach, uścisnęła mnie, zrobiła krok w tył i powiedziała: „Eee, głupi”. Poszło mi to w pięty. I tak sobie wtedy pomyślałem: „Tomek, ty faktycznie jesteś głupi, masz być księdzem, a ludzi się boisz. A jak spotkasz taką osobę po kolędzie czy na ulicy, też będziesz uciekał?”.

 

Na froncie walki o młodych

Dla wielu kapłanów katecheza w szkole to droga przez mękę. Jednak ks. Tomasz traktował czas spędzony w szkole jako wyzwanie. Zamiast prawić młodym ludziom kazania, wolał angażować ich w prace związane z funkcjonowaniem parafii i miasta. Dzięki temu powstawały specjalne świece na Wigilie Paschalną, ikony na kiermasze, szopki oraz coroczny Grób Pański. Zaangażowanie ks. Tomasza i chęć wsłuchiwania się w głos młodych spowodowało, że wspólne akcje gromadziły wokół kapłana rzesze młodzieży chcącej włączyć się w działalność kościoła. To słowa papieża Franciszka, by zejść z kanapy i ewangelizować na różne sposoby, mobilizują ks. Tomasza do każdej wykonywanej pracy.

 

Na ratunek każdemu życiu

Jaka jest najważniejsza misja ks. Tomasza? Zdecydowanie ratunek KAŻDEGO życia. W tej chwili kapłan nie jest już w stanie zliczyć, ile nienarodzonych dzieci udało mu się ocalić przed aborcją. Historii kobiet, które zwróciły się do niego z prośbą o pomoc jest wiele. Długie rozmowy, pomoc w zorganizowaniu domu czy całej wyprawki dla maluchów to tylko część z codziennie trwającej walki. Bez dwóch zdań jest to możliwe dzięki zaangażowaniu całego zespołu Fundacji Małych Stópek, która zrodziła się z pomysłu ks. Tomasza. Jej działalność umożliwia odpowiednie przygotowanie wsparcia dla kobiet, które stoją przed podjęciem dramatycznej decyzji o dokonaniu aborcji.

 

Czy miał ksiądz momenty, w których był przekonany, że ta robota nie ma sensu?

To, co robię w ramach fundacji, z fundacją, z darczyńcami, to kropla w kropli morza potrzeb. Ale ta kropeleczka jest tak cenna, że warto dla niej żyć i warto dla niej walczyć. Mimo że wokół nas będzie wiele pogardy dla życia, ludzie będą odrzucali jego wartość, my sami mamy zachowywać się jak trzeba. Nie żyjemy tylko tu i teraz. Patrzymy na wartość życia w perspektywie życia wiecznego; w Bogu jesteśmy na zawsze. Miejmy tę świadomość. Choćbyśmy uratowali jedno życie – warto. Z podniesioną głową idę do następnego życia, bo to zrobiłem. Tak, po drodze było wiele błędów, różnych spraw, których się wstydzę i które były niedobre. Ale działalność pro‑life jest tak piękna, że to wszystko przykrywa. Dlatego też mamy w swoim życiu robić wszystko, aby było tego dobra jak najwięcej. Jedno życie uratujemy, a tysiąc pójdzie na śmierć, czy to ma sens? To ma sens.

 

W pewnym momencie zostaje ksiądz obarczony odpowiedzialnością za los tych kobiet, za ich wybory, za ich życie, za życie tych dzieci. Ksiądz często jest pierwszym kontaktem.

Owszem, i jak powiedziałem, nieraz jestem poruszony do łez. Bywa, że i noce zarywam, bo ktoś dzwoni i trzeba z nim porozmawiać. Przy sytuacjach aborcyjnych mimo zmęczenia człowiek staje się bardziej przytomny, bo wie, że chodzi o życie, o czyjś dramat. Ważne jest, żeby wysłuchać i coś ewentualnie zaradzić.

 


Chodzi mi o życie, ks. Tomasz Kancelarczyk, Małgorzata Terlikowska, wydawnictwo Esprit, Kraków 2021


 

Oceń treść:
;