Imieniny: Iwony, Sabiny

Wydarzenia: Dzień Dziedzictwa Audiowizualnego

Dziedzictwo

Zielone Świątki – świętem pasterzy i rolników

 fot. Krzysztof Petela

W XXI wieku obchodzenie Zesłania Ducha Świętego nie różni się, w wielu przypadkach, od świętowania niedzieli. Dzień wolny od pracy, msza w kościele i chwila na odpoczynek. Przed laty, Zielone Świątki pełne były ludowych obyczajów i obrzędów.

Zielone Świątki w wydaniu ludowym były „ochrzczonym” zwyczajem „nowego latka”. Z czasów sprzed chrystianizacji pochodziły zwyczaje „majenia” (ozdabiania zielonymi gałązkami i kwiatami) domostw i obejścia. Z tamtego okresu w historii wziął się „ognisty” charakter Zielonych Świątek. Wierzono, że odpowiednie zioła i kwiaty odpędzą nieszczęścia (grad, burze, pożar, choroby, epidemię zwierząt) i zapewnią dobrobyt.

Przez wiele setek lat Zielone Świątki były w wielu regionach Polski uznawane za święto pasterzy.  W ten dzień juhasi i bace organizowali pochody, bawili się, a wieczorami hucznie biesiadowali i brali udział w wyścigach z płonącymi pochodniami po pastwiskach.  Takie „obloty” z ogniem miały zapewnić pomyślność i urodzaj. Kiedy już obiegli swoje tereny, gromadzili się razem i wśród pól rozpalano ogniska – tak zwane „sobótki”.

Na południu Polski bieg z pochodniami nie był tak popularny. Powszechnym zwyczajem było za to, skakanie przez płonące ognisko. Brali w nim udział nie tylko mężczyźni zajmujący się wypasaniem owiec, kóz i krów, ale i pozostali mieszkańcy wsi.  Po wygaszonym żarze przepędzano zwierzęta, by w ten sposób „zaszczepić” je od wszelakich chorób.

Pasterze z niektórych części Polski w drugi dzień Zielonych Świątek urządzali, tak zwane, „wołowe wesele”. Łukasz Gołębiowski, jeden z najstarszych polskich etnografów – z przełomu XVIII i XIX wieku – pisał tak: w drugi dzień Zielonych Świąt jest zwyczaj starożytny, że gromada chłopów pędzi wołu, na którym przywiązany bałwan wypchany słomą, w siermiędze (wierzchnim ubraniu noszonym przez chłopów – przy. red.), czapce i butach. Wół bieży przez wieś, a wszyscy obecni wołają Roduś, Roduś. Co znaczy to słowo i jaki powód tej zabawy, najdawniejsi mieszkańcy nie umieją wytłumaczyć.  Ta zabawa, w czasie której pasterze wśród pieśni i trzasków biczów oprowadzali zwierzę po całej wsi, zatrzymywali się przy każdym domu i radośnie deklamowali rymowanki, zanikła w XIX wieku.

Na Dolnym Śląsku chłopi trudniący się wypasaniem koni, w pierwszy dzień Zielonych Świątek, tuż po świtaniu organizowali sobie gonitwy zwane „Rochwistem”. Kto wyścig wygrał, został ogłaszany jednodniowym królem, a kto przegrał, zyskiwał haniebne miano „rochwistem”.  Przegrany zostawał pachołkiem i błaznem „króla”.

Król Pasterzy wybierany był w Dzień Pięćdziesiątnicy także i na Kujawach. Tytuł władcy uzyskiwał ten pasterz, który jako pierwszy przypędził swoje stado na uzgodnione wcześniej miejsce. W tej zabawie uznawano równość kobiet i mężczyzn. Także pasterki mogły stawać w szranki i, jeśli zawody wygrały, to ogłaszane zostawały królowymi pasterzy.  Przegrany pasterz/pasterka za karę przez trzy dni sam musiał wypasać stado. „Monarcha” otrzymywał od swoich poddanych wiązanki z kwiatów, kolorowe paciorki i napitek. Po „koronacji” wszyscy razem biesiadowali.

Na Podlasiu, aż do początku XX wieku, chadzano z „królewną”. Ten obyczaj dotyczył nie tylko pasterek, ale wszystkich młodych dziewcząt.  W drugi dzień Świątek młode kobiet szły w pole lub na pastwisko i rozpalały ognisko. Śpiewając wesoło przy ogniu plotły wianki.  Później ze swego grona wybierały „królewnę”.  Ubierały ją we wstążki i niebieską lub białą sukienkę. Stroiły koralami i kwiatami. Z tak wypięknioną królewną chodziły i śpiewały. Takie obejście miało zagwarantować dobre zbiory. Gdzie królewna chodzi, tam pszeniczka rodzi - śpiewano. Pochód kończyły dziewczęta w karczmie, gdzie dołączały do biesiadujących mężczyzn.  Z czasem i ten zwyczaj poddano większej chrystianizacji. Obchody  z „królewną” zamieniono na procesje ze święceniem pól, którym przewodniczył ksiądz.

Dziś mało kto pamięta o dawnej, pasterskiej konotacji Zielonych Świątek. Z ludowych, dawnych obyczajów pozostało najczęściej rozpalanie ognisk. Choć i tak w dużej mierze „żywy ogień” zamieniliśmy na grille.

 

 

 

 

 

Oceń treść:
Źródło:
;